events.gry-online.pl
GOL Adventure
Imprezy dla posiadaczy abonamentu MayClub gry-online.pl
09 08 07 06 05 04 03

Pierwsza tegoroczna impreza z cyklu GOL Adventure, tj. Extremalne Strzelanie, zdecydowanie kojarzyć się będzie wszystkim jej uczestnikom z jednym słowem – GROM. Czemu? Zapewniam, że nie chodzi tu ani o naszą krajową super jednostkę specjalną, która wsławiła się m.in. w czasie działań zbrojnych w Iraku. Wszytko zaczęło się po prostu od rzadko spotykanych „gromów z nieba”, by po pewnym czasie przeistoczyć się w „gromy z broni palnej”. Szczegóły na temat przebiegu tego wydarzenia już wyjawiam.

Wszytko zaczęło się na Krakowskim Rynku, przy skarbonce, czyli tradycyjnie w przypadku imprez GOL Adventure umiejscowionych w Krakowie bądź jego pobliżu. Przedstawiciele organizatorów, tj. człek znany tu i ówdzie pod ksywką Łosiak oraz nieco mniej znany ale także zajefajny Rafi, spotkali się z trzema wybrańcami, którzy zaryzykowali swe życie i zgodzili się postrzelać ostrą amunicją z prawdziwej broni palnej w naszym towarzystwie. Mowa tu o następujących „strzelcach wyborowych”: Father Michaelu, Yisraelu oraz Alvarezie.

Jak widać na załączonym powyżej screenie, niebiosa postanowiły podnieść nam wszystkim ciśnienie i pokazać pazurki w postaci niewielkiego opadu deszczu. Nie marudziliśmy więc w licznych ogródkach na rynku, tylko bezzwłocznie udaliśmy się na strzelnicę sportową zlokalizowaną w okolicach miejscowości Zielonki. Tu przywitało nas oberwanie chmury, gromy z nieba, tajfun i powódź – istny Armagedon... Nie będę opisywał panujących nastrojów, wystarczy powiedzieć, że tak lało i grzmiało, że impreza stanęła pod znakiem zapytania.

Nie zrażając się jednak pogodą i modląc się o rychłą zmianę aury zaczęliśmy małe szkolenie, które miało na celu zapoznanie nas z regulaminem obiektu oraz z obsługą i budową poszczególnych rodzajów broni. Mowa tu o kilku rodzajach pistoletów (w tym Glock), rewolwerze, strzelbie (popularny shotgun) oraz cywilno-myśliwskiej wersji karabinu Kałasznikowa.

O dziwo, gdy już poznaliśmy całą teoretyczną wiedzę wymaganą do oddania kilku strzałów z prawdziwej broni, stał się cud. Burzowe chmury zniknęły jak ręką odjął i wyszło piękne, piekące słońce. Bezzwłocznie udaliśmy się na stanowiska strzelnicze i spośród tych, które dosłownie utonęły w strugach deszczu (patrz zdjęcie poniżej), wybraliśmy jedno, które jako tako przetrwało kataklizm.

Następnie otrzymaliśmy od naszych instruktorów obowiązkowe okulary zabezpieczające przed rozgrzanymi odłamkami oraz specjalne stopery do uszu, które uchroniły nad od głuchoty. Mogliśmy też w końcu dotknąć i zapoznać się „organoleptycznie” z nie naładowaną jeszcze bronią.

Później przyszedł czas na to, na co tygryski czekały od dawna – STRZELANIE. Instruktorzy podzielili naszą „przygodę z bronią” na dwie części. Na początku wypróbowaliśmy po kolei każdą z przygotowanych zabawek, tj. rewolwer znany z filmów z Clintem Eastwoodem (przy okazji – strzelanie z biodra i trafianie ze 100 metrów w kapelusz to bajka :) ), słynny austriacki Glock, pistolet sportowy 0.22 (cala), Shotgun, Kałasznikow oraz... SIG-Sauer – Rolls-Royce wśród pistoletów kaliber 9 mm. Drugą część stanowiły mini-zawody, w których wzięło udział trzech naszych gości oraz ja (tj. Łoś) w ramach integracji redakcji z czytelnikami :). Gdzieś pomiędzy zawodami a rozgrzewką skonsumowaliśmy także kiełbaski i inne mięsne smakołyki z grilla. Poniżej cykl fotek z najgłośniejszej części pierwszej imprezy GOL Adventure 2005.

Kilka słów więcej należy powiedzieć o samych zawodach. Składały się na nie zarówno wyniki osiągnięte w czasie strzelania do klasycznej tarczy sportowej (obszary punktowane od 1-10) oraz w konkurencjach zaliczanych do tzw. strzelania dynamicznego. W tych ostatnich celem nie jest trafienie w centralny, czarny punkt okrągłej tarczy, lecz trafienie w ogóle w obiekt kształtem odzwierciedlający ludzki korpus. Tu liczy się przede wszystkim czas, z jakim oddamy strzał/serię strzałów. Idea, jaka przyświeca tego typu zmaganiom, jest prosta – ot, po jednym, dwóch celnych strzałach w klatkę napastnik i tak będzie już unieszkodliwiony. Czy to ważne że wystrzeliłem 10 nabojów?! Nie. Ważne, że zrobiłem to szybciej niż on i dwa trafiły.

Oczywiście, honorowo, zająłem w zawodach ostatnie miejsce. Najlepszym strzelcem okazał się zaś Michał „Father Michael” Wełna z wynikiem 257 punktów, zaraz zanim uplasował się Patryk „Yisrael” Stanik, a na trzeciej pozycji wylądował Piotr „Alvarez” Czaplejewicz. System i sposób zliczania punktów nadal pozostaje słodką tajemnicą instruktorów :). Poniżej ciąg dalszy zdjęć.

Około godziny 18 przyszedł czas na zakończenie. Każdy z nas otrzymał specjalny dyplom świadczący o tym, iż jesteśmy znakomitymi pretendentami do miana strzelców wyborowych, a Father Michael został wyróżniony pucharem. Później wróciliśmy do szarej rzeczywistości... i naszych gierek. Przy okazji wspólnie doszliśmy do jednej konkluzji. Gry nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Nawet te, na temat których mówi się iż mają super fizykę i tym podobne epitety, są tylko imitacją prawdziwego świata... W końcu shotgun nie kopnie cię przy strzale z siłą, która powali konia...

Poniżej wrażenia najlepszego strzelca na GRY-OnLine:

„W dwóch słowach – super impreza. GOLowi należą się wielkie podziękowania za umożliwienie mi postrzelania z broni ostrej, zaś instruktorom gratulacje, że dopilnowali, by stan końcowy uczestników równał się stanowi początkowemu. Wspaniała zabawa, a przede wszystkim szansa skonfrontowania realiów filmowo-growych ze światem rzeczywistym (szczególnie westernowego strzelania z biodra). Zdecydowanie najfajniej strzelało się z shotguna oraz Glocka 17 (choć co do tego drugiego stwierdzenia to zapewne instruktor „Cheche”, by się nie zgodził :)). Kałasznikow też niczego sobie, choć znacznie bardziej pociąga mnie broń krótka. Podsumowując, przednia zabawa, wspaniale spędzony w miłym towarzystwie dzień. Adrenalina wprawdzie nie taka jak zeszłoroczne loty akrobacyjne, ale rozrywka na pewno nie mniejsza. Jeszcze raz wielkie dzięki dla GOLa!” – Father Michael.

 
 
eXtremalne Strzelanie
miejsce rozpoczęcia imprezy:

Kraków

data imprezy:
9 Lipiec 2005

rozpoczęcie przyjmowania zgłoszeń:
15 czerwca 2005

zakończenie przyjmowania zgłoszeń:
3 lipca 2005

ilość uczestników:
(5)

Druga z tegorocznych imprez GOL Adventure – eXtremalne Latanie – z przyczyn technicznych przesunęła się w czasie, a nawet odbyła się na raty. Ale odbyła się i było fajnie. Był miły w prowadzeniu samolot, była możliwość własnoręcznego jego pilotowania. Pierwszy z uczestników imprezy – SL45 – miał przyjemność przylecieć Piperem z Warszawy do Krakowa na doroczny Piknik GOL-a. Drugi z wylosowanych szczęśliwców – LASHE – zasiadł za sterami Pipera PA-18 SuperCuba 16 października.

 

1 października 2005

Z propozycji przelotu ‘przy okazji’ na Piknik Przyjaciół GOL 2005 skorzystał SL45, który odbył podróż Piperem PA-18 o znakach SP-GOL z warszawskiego lotniska na Bemowie na lotnisko Aeroklubu Krakowskiego w Pobiedniku Wielkim.

Siły Powietrzne – Gry-OnLine. :-)

Samolot Piper Supercub (jedyny w Polsce) jest samolotem wśród pilotów kultowym, holuje szybowce, może mieć założone pływaki lub narty, startuje i ląduje bardzo krótko, przez co jest bardzo popularny na Alasce w tzw. bush flying. Jest też jednym z najbardziej lubianych samolotów wśród pilotów komunikacyjnych, którzy od czasu do czasu potrzebują polatać czymś konkretnym. ;-) Polecamy galerię na http://www.supercub.org, gdzie znajduje się sporo zdjęć i filmów tego samolotu.

Nie, odpalania rakiet nie ma.

Choć pogoda nie była najlepsza, lot odbył się po linii prostej. :-) W czasie lotu SL45 mógł skonfrontować umiejętności nabyte na symulatorze z realnie latającym samolotem. Przez spory fragment lotu pilotował samolot samodzielnie, co jest znaczącym powodem do dumy. Chociaż widoki, zwłaszcza w rejonie Gór Świętokrzyskich, były nienajlepsze, bo chmury momentami sięgały ziemi, to wrażenia z pewnością pozostaną na długo.

Na lotnisku oczekiwał na załogę przedstawiciel redakcji GOL-a, który zawiózł uczestników lotu na Piknik. Niestety z powodu gęstej mgły, w niedzielę nie udało się powrócić do Warszawy samolotem, jednak bezpieczeństwo jest głównym warunkiem organizowanych przez nas imprez.

 

16 października 2005

Miejscem spotkania było lotnisko Warszawa Bemowo. Pogoda tego dnia nie była wymarzona, porywisty wiatr (ponad 40 km/h), opady oraz silna turbulencja dodawały dreszczyku emocji, mimo wszystko dużym plusem było bardzo przejrzyste powietrze i duża widoczność, co dało możliwość zrobienia dobrych zdjęć.

Miłe złego początki. :-)

Po przybyciu na miejsce uczestnik został zapoznany z samolotem jego osiągami, budową, przyrządami itp. W chwilę potem samolot rozpoczął kołowanie na pasie w kierunku zachodnim. Po oderwaniu się od ziemi silny boczny spowodował konieczność skręcenia samolotu o prawie 30 stopni w celu zachowania kursu. Po minięciu Huty Luccini samolot skierował się wzdłuż Wisły na południe, przelatując najpierw tuż obok Starego Miasta, Alei Jerozolimskich aż po Siekierki, gdzie zaczynała się strefa opadu. Dalej samolot wracał po prawobrzeżnej części Warszawy w okolice Żerania. LASHE miał okazję popilotować samodzielnie samolot, co w takich warunkach nie było sprawą prostą. Stamtąd jeszcze mały wyskok nad Zalew Zegrzyński, gdzie podziwiać można było poruszające się bardzo szybko żaglówki.

Warszawa, Stare Miasto.

W drodze powrotnej można było się przekonać, że lata się nie tylko oczami, ale i uszami. Kontrolerzy z Okęcia zauważyli, że dogania Pipera inny samolot i na dodatek ma niesprawne radio, tuż przed dolotem do Żerania radio jednak zaczęło prawidłowo działać. Lądowanie na pasie trawiastym w kierunku zachodnim dostarczało dodatkowych wrażeń, wiatr wzmagał się, turbulencja na podejściu była bardzo silna. Po przyziemieniu załoga zakołowała pod aeroklub w celu zatankowania paliwa, a dalej pod położony po drugiej stronie lotniska hangar, co dało LASHE możliwość nauki kołowania. Samolotem z tylnym kółkiem, słabą widocznością z przodu (na ziemi) nie jest to rzeczą trywialną. W godzinę po locie przyszedł tak silny wiatr, że należało zahangarować wszystkie samolotu z obawy przed poderwaniem ich do góry. LASHE zniósł lot w tych warunkach naprawdę dzielnie.

Czyż nie wygląda jak screen z SimCity?

I tak oto cykl imprez GOL Adventure 2005 został zakończony, wszystkim szczęśliwcom, którym udało się wziąć udział w imprezach dziękujemy za współpracę, wszystkim tym, którzy wysłali zgłoszenia, lecz los nie uśmiechnął się do nich, życzymy powodzenia w następnej edycji.

A oto link do galerii zdjęć: zdjęcia z eXtremalnego Latania.

 
 
eXtremalne Latanie
miejsce rozpoczęcia imprezy:
 
Gdańsk lub Warszawa

data imprezy:
6 Sierpnia 2005

rozpoczęcie przyjmowania zgłoszeń:
10 lipca 2005

zakończenie przyjmowania zgłoszeń:
30 lipca 2005

ilość uczestników:
(2)



Cztery kółka i możliwie nieprzejezdny kawałek drogi – oto recepta na zabawę na cały dzień dla dużych chłopców. Dobrze o tym wiemy, sami dużymi chłopcami jesteśmy, stąd trzecią tegoroczną imprezą GOL Adventure stał się wypad samochodami terenowymi w okolice Krakowa. Impreza odbyła się w sobotę 27 sierpnia.

Tradycyjne miejsce spotkania uczestników – pod Skarbonką na Rynku – okazało się tym razem cokolwiek nieszczęśliwe, bowiem abp Stanisław Dziwisz akurat obejmował urząd metropolity krakowskiego, schedę po Franciszku Macharskim, co wiązało się ze stosownymi uroczystościami oraz pozamykaniem większości prowadzących do Rynku ulic. Nie to, żeby w epoce komórek nie udało się tej trudności obejść, w przenośni i dosłownie. Mniej więcej za kwadrans jedenasta spotkaliśmy się wszyscy i z Placu Szczepańskiego przejechaliśmy pod biurowiec Biprostalu, siedzibę naszej redakcji.

Najodważniejsi z odważnych, od lewej: Sznur, Diodak, DeSade, neXus, Stad.

Uczestnikami imprezy „4x4” stali się: Marcin „neXus” Haze, Tadeusz „Stad” Sawiński, Tomasz „Sznur” Pyzioł oraz Michał „Diodak” Mściwujewski, który wskoczył z listy rezerwowej na miejsce rezygnującego w ostatniej chwili Daniela Graszki. Towarzyszyliśmy im w składzie: Rafał „Rafi” Swaczyna, Mariusz „DeSade” Klamra (i ja).

O jedenastej zajechały pod Biprostal oczekiwane samochody: Mercedes-Benz 300GD oraz klasyczny, rosyjski (radziecki w zasadzie) UAZ. Przyjemność jazdy każdym z tych modeli obejmuje oba końce skali wygody. UAZ to trzymanie się metalowych rurek, wzmocnione zawieszenie, które daje pewność odczuwania każdej nierówności, sterczące zewsząd kable oraz biegi zmieniane na zasadzie: mniej więcej w tę stronę, mniej więcej w tamtą. Zrozumiałym jest, że wszyscy woleli jeździć UAZ-em.

Elektronika i mechanika precyzyjna w wydaniu wschodnim.

Mercedes zaś to wyściełane fotele, blokada dyferencjału oraz przełączanie napędu (tył, 4x4) wykonywane za pomocą wajchy a nie klucza. Do tego radyjko, zdecydowanie miększe zawieszenie oraz znacznie bardziej dynamiczna jazda. O ile jednak w Mercedesie jest to poczucie bezpieczeństwa, iż pasażerom nic się nie stanie, o tyle wrażenie niezniszczalności samego samochodu jest już dalece mniejsze. :-)

Opony projektowane z myślą o rykoszetowaniu kul z M16.

Spod Biprostalu ruszyliśmy na zachód Krakowa, gdzie samochody miały szansę rozgrzać się na terenach raczej przewidzianych do wycieczek pieszych – na łąkach czy w niewielkim, malowniczym kamieniołomie. Co jak co, ale robi to wrażenie, gdy auto wjeżdża na stromiznę, z której potem na nogach zejść jest niełatwo. DeSade, który zdecydował się na imprezę udać własną terenówką Isuzu – przeznaczoną raczej do pokonywania trudnego podjazdu pod dom na wsi – zmuszony został do pozostawienia samochodu w rękach pobliskiego mechanika.

Jak się dziecko postara, to i kałużę w słoneczny dzień znajdzie.

Dalej był Kryspinów oraz błoto nad jeziorem. To kolejna sposobność, by przyjrzeć się temu, jak bardzo nasze codzienne, osobowe samochody są nieporadne. Przebycie stukilkudziesięciometrowych kolein po pas, wypełnionych skondensowanym błotem, wydaje się mało możliwe, dopóki samemu się nie zasiądzie za kierownicą i nie przekona, jak bardzo jest to proste. Spróbowaliśmy tego wszyscy.

Panie i panowie, ruska technika.

Nad jeziorem był bigos i herbata oraz piwo dla tych, którzy podjęli to postanowienie, że przez pewien czas kierować nie będą. To, co jest najpiękniejsze w wypadach w teren to wolność, która pozwala pojechać tam, gdzie się upatrzy i zatrzymać się, gdy tylko dogodne na piknik miejsce się znajdzie. Oczywiście jest i druga strona medalu: podczas błotnej przeprawy rozrusznik UAZ-a zamoczył się w stopniu uniemożliwiającym odpalenie wozu, nawet korba niewiele mu pomogła, pojawiły się sugestie, by ostatnim pozostałym nam samochodem udać się na przystanek autobusowy.

Ideą UAZ-a jest jego samowystarczalność.

Wystarczyło jednak, by ten ostatni pozostały samochód pociągnął UAZ-a dosłownie dwa metry, a ten odpalił. Zanim dojechaliśmy na Pustynię Błędowską, UAZ uległ już całkowitemu samonaprawieniu.

Ajajaj, jak się dziecko ubabrało...

Nie dojechaliśmy jednak na nią ot, tak, gładką asfaltową drogą, gdyż ta zdała się nam niemiłosiernie nudna po paru kilometrach – przy pierwszej nadarzającej się okazji skręciliśmy w las. Spisujący się doskonale na trasie i w mieście GPS cokolwiek zgłupiał – niewiele leśnych ścieżek zawierała oddana mu do użytku mapa – i wkrótce stanęliśmy przed wykopanymi spychaczem rowami, bez mała przeciwczołgowymi. Ewidentnie komuś zależało na tym, by tamtędy nie przejeżdżać. Oczywiście (wandale, wandale!), przejechaliśmy. Dla samochodu terenowego strome rowy na głębokość metra to ledwie kolejne wyzwanie.

Pustynia Błedowska? To tam, nad rzeką.

Pustynia Błędowska to wynalazek rodzimy w pełnej krasie, gdyż rozciąga się ona nad rzeką, a w większości porośnięta jest lasem. Całość przypomina raczej coś na kształt wydm na wyżynie, ale faktem pozostaje, że piachu dużo jest. Na miejsce dowieziony został kolejny bohater zabawy – quad Hondy – urządzonko o niewielkim zastosowaniu w terenie miejskim, niezastąpione zaś wszędzie tam, gdzie na nogach utrzymać się trudno.

Wyszaleliśmy się na quadzie po lesie, po wydmach i po rzece – obyło się bez wypadków, choć trudno dociec dlaczego. :-) Rozskakane blisko 200 kilo metalu, a na nim ledwie trzymająca się kierownicy kupka podatnych na złamanie kości, wydają się murowaną receptą na L4.

Jupppiii!!!

W czasie, gdy jedni skakali po wydmach na ryczącej hondzie, inni doglądali piekących się nad ogniskiem kiełbas. Ognisko na pustyni rozpala się tak: zrzuca się na kupę wysuszone na pieprz gałęzie i szybko się ucieka, nim się zajmą od słońca. Żart. Ale faktem pozostaje, że zapalenie kłody od jednej zapałki może się udać.

Są ryby. Dawaj wyciągarkę.

Przy ognisku zeszło nam do wieczora – w drogę powrotną udaliśmy się, gdy już zaczęło się zmierzchać. W gęstniejącym mroku nie obyło się bez przygód. Zjazd z kilkumetrowego osuwiska do rzeki wyszedł gładko w wykonaniu obu samochodów i quada. Znacznie cięższy okazał się błotnisty brzeg pobliskiego potoku, w który UAZ wbił się na tyle głęboko, że ponownie musiał się znaleźć na holu Mercedesa. Ten drugi nawet nie próbował błota pokonać objeżdżając je wokoło. Samo wyciąganie samochodu za pomocą kinetycznej, elastycznej liny również dostarcza wrażeń – zero uwagi, nic powoli – ot, mocne szarpnięcie jednymi dwoma tonami, by drugie dwie tony wyskoczyły z metrowego błota jak papierek na gumce. Jedynie musieliśmy się usunąć na tyle daleko, by ewentualnie zerwana lina nie zdołała dosięgnąć niczyjej głowy.

Dwa konie zaliczone. ;-)

I to w zasadzie byłoby na tyle. Jeszcze podczas przydługiej drogi powrotnej po asfalcie potrenowaliśmy jazdę bez świateł za innym samochodem (ach, ta wieczorna głupawka). Z powrotem w Krakowie byliśmy grubo po 22. Uczestnicy rozjechali się po domach (ci z dalsza, wpierw po swoich miastach). Kolejną i ostatnią imprezą tegorocznej edycji GOL Adventure będzie zaplanowany na początek października paintball – serdecznie zapraszamy do przysyłania zgłoszeń. A potem widzimy się na tradycyjnym pikniku. Do zobaczenia!

 
 
eXtremalna Jazda
miejsce rozpoczęcia imprezy:

Kraków

data imprezy:
27 sierpnia 2005

rozpoczęcie przyjmowania zgłoszeń:
7 sierpnia 2005

zakończenie przyjmowania zgłoszeń:
20 sierpnia 2005

ilość uczestników:
(4)

Ostatnia z imprez tegorocznej edycji GOL Adventure, czyli „eXtremalna Zabawa” odbyła się w sobotę, 1 października. Większość jej uczestników spotkała się o godzinie 9.30 pod, znajdującą się na płycie krakowskiego rynku, niemal legendarną już skarbonką, skąd udali się następnie na paintballowy poligon. Znajdował się on, podobnie jak w zeszłym roku, w Borku Fałęckim. Tam też dołączyło do nich kilku pozostałych uczestników zabawy.

NIC nie bolało!

Na miejscu przyszli zawodnicy obu drużyn: reprezentacji klubowiczów oraz redakcyjnej, przeszli krótkie acz treściwe, przeszkolenie teoretyczne, którego głównym celem było przyswojenie podstawowych zasad korzystania z tzw. markera oraz skutecznego, ale przy tym bezpiecznego „likwidowania” członków przeciwnej drużyny. Po czym ubrani w odpowiednie odzienie ochronne (nie, nie były to kamizelki kuloodporne :-) wyruszyli następnie na pole walki, aby sprawdzić swoje, tak pieczołowicie ćwiczone na komputerach umiejętności strzeleckie. Drużyna czytelników otrzymała mundury moro w odcieniu ciemnozielonym, redakcji przypadły kolory nieco jaśniejsze, a przez to mniej maskujące (ale w końcu czego się nie robi dla swoich czytelników :-).

Kierowca zdołał uciec, ale auto zdobyte.

Sam poligon zajmował na oko obszar wielkości znajdującego się nieopodal boiska piłkarskiego, lecz oczywiście różnił się od niego w drastyczny sposób urozmaiceniem terenu – porozrzucane na całym terenie wraki starych samochodów, rowy, drewniane płoty, wieżyczki, beczki czy chociażby drzewa i krzaki pozwalały skutecznie się chować i unikać wrogiego ostrzału, niestety z drugiej strony przeszkadzały w eliminowaniu członków przeciwnej drużyny :-).

Sprawujący nad nami pieczę opiekunowie imprezy starali się, jak mogli, urozmaicać zabawę i serwowali coraz to wymyślniejsze tryby zabawy, ale i tak najpopularniejszy i najbardziej pożądany okazał się ten najprostszy, czyli deathmatch. W końcu nie ma nic lepszego ponad ustrzelenie swego bliźniego, a im bliżej się on znajduje, tym lepiej :-). Po każdej z walk, a tych odbyliśmy kilka, następowała chwila przerwy, która wykorzystywana była na przecieranie zaparowanych z emocji gogli, usuwanie z mundurów śladów niechlubnych trafień (jakim cudem ktoś mnie trafił w dolną część pleców !? :-), czy też wymianę wrażeń.

Panowie, obowiązuje kolejka...

Walki zakończyliśmy około godziny 13.00. Część z uczestników, która wyraziła na to ochotę, mogła jeszcze spróbować swoich sił w całkiem odmiennej dyscyplinie i poszaleć po znajdującej się nieopodal łące na quadzie. Niezbyt przyjazna tego dnia pogoda (delikatna mżawka) w tym przypadku okazała się wielkim plusem, gdyż wilgotne a przez to śliskie podłoże pozwalało co bardziej odważnym kierowcom na wykonywanie efektownych ślizgów i nawrotów.

Umyci, podsuszeni, ale wciąż z rozpalonymi od emocji głowami udaliśmy się następnie do kasyna oficerskiego na kolejną w tym dniu imprezę – doroczny, już piąty z kolei, piknik GRY-OnLine. Ale to już całkiem inna historia i osobny tekst jej poświęcimy. :-)

 
 
eXtremalna Zabawa
miejsce rozpoczęcia imprezy:

Kraków

data imprezy:
1 października 2005

rozpoczęcie przyjmowania zgłoszeń:
28 sierpnia 2005

zakończenie przyjmowania zgłoszeń:
23 września 2005

ilość uczestników:
(8)

copyright © 2000 - 2017 GRY-OnLine S.A.